środa, 3 stycznia 2018

Aniński nieład przestrzenny – rozmowa z architektem Piotrem Grzegorczykiem, przedstawicielem Społecznego Komitetu Obrony Ładu Przestrzennego Osiedla Anin








MGA: Jak dawno mieszka Pan w Aninie?

PG: Przeprowadziliśmy się tutaj z żoną dziesięć lat temu.

MGA: Co według Pana wyróżnia Anin wśród innych warszawskich osiedli?

PG: Oczywiście jego historia, magia przedwojennego „letniska”, ostoi poetów. W takim miejscu zawsze przyjemniej się żyje. No i ten las - to duża wartość.

MGA: Z magią Anina może zwycięsko konkurować niewiele warszawskich osiedli: Saska Kępa, Żoliborz oficerski, Sadyba…

PG: Trudno porównywać Anin z wymienionymi przez Panią osiedlami – to z założenia miasta-ogrody, ikony międzywojennej urbanistyki, a Anin to po prostu urokliwe letnisko sprzed lat, tu i ówdzie ze śladami po dawnych mieszkańcach (jeśli ktoś chce je odnaleźć). Specyfiką Anina jest lokalizacja na krańcu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego - ogromnego kompleksu leśnego, bliskość centrum Warszawy, a jednocześnie - dzięki kolei - przynależność do tzw. "linii otwockiej”.

MGA: Trzy najładniejsze anińskie budynki to…

PG: Jak ocenić piękno? Odpowiem inaczej – w Aninie najcenniejszy jest las; podobają mi się budynki wkomponowane w zieleń; poza tym lubię architekturę bezpretensjonalną - idealnie osadzoną w kontekście miejsca i czasu, w którym powstała, dopasowana skalą, użytymi materiałami, detalem. Mam sentyment do osiedla pracowników Instytutu Badań Jądrowych zaprojektowanego na przełomie lat 50 i 60-tych przez „warszawskich tygrysów”. Uważam też, że ciekawy jest budynek anińskiego kościoła; kilka murowanych budynków sprzed wojny; kilka współczesnych jednorodzinnych realizacji, no i oczywiście urokliwe (jak mawiał Gałczyński) świdermajery. Mało kto wie, że Andriolli czerpał inspiracje do swojego „stylu” przede wszystkim wśród drewnianej architektury Syberii, gdzie wylądował na zesłaniu…

MGA: Ten styl - budownictwa drewnianego z bogatą snycerką, mimo prób przywrócenia do życia, widocznych chociażby w Otwocku, staje się jakby coraz bardziej anachroniczny. Drewno uważane jest za materiał nietrwały, styl wielu uważa za przestarzały, jeden po drugim świdermajery płoną, aby dać miejsce nowym, często koszmarnym realizacjom.

PG: To bardzo obszerny temat – chyba na odrębną rozmowę – o stylu Andriollego oraz współczesnych próbach jego naśladownictwa, o płonących domach-widmach i o zaletach drewna jako materiału budowlanego. Osobiście preferuję architekturę nowoczesną, ale dobrze czuję się także w Kazimierzu Dolnym czy alzackim miasteczku. To raczej kontekst miejsca określa co jest anachroniczne a co nie. Jakaś ciągłość tradycji, poczucie wspólnoty lokalnej społeczności, jej odrębności kulturowej etnicznej, geograficznej skłaniają do naturalnej akceptacji „anachronizmów budowlanych”. Trudno mówić o ciągłości tradycji budowlanej na „linii otwockiej” jeśli blisko połowa jej mieszkańców została 75 lat temu wymordowana, a ich mienie zawłaszczone. W takich warunkach nikt nie myśli o kontynuacji. No i po prostu brakuje już specjalistów.

MGA: Wróćmy do Anina, co szkodzi naszemu osiedlu jako całości?

PG: Brak rzetelnego patronatu, niekompetencja urzędników, słaby samorząd lokalny. Tutaj nawet obowiązujący plan zagospodarowania, mimo, że powstawał wiele lat, obarczony jest kardynalnymi błędami. Odnoszę wrażenie, że jedyną aktywną społecznie instytucją w Aninie jest lokalna parafia.

MGA: Mamy przecież Radę Osiedla, Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Anin… Istniało, choć zostało rozwiązane, Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości Anińskich. Wydaje się jednak, że zdecydowanie brak jest wiary w działania samorządowe i chęci, aby samemu podjąć się działań dla dobra wspólnego. Ludzie żałują czasu, ale też chyba nie zostaliśmy nauczeni samorządności. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że anińskie elity są rozproszone. Nie znamy się, nie mamy przedstawiciela w Radzie Dzielnicy, który dbałby o nasze interesy. Może pora o tym pomyśleć?

PG: Okręg wyborczy nr 3, do którego należy Anin, to aż 7 mandatów do Rady Dzielnicy. Mamy prawo uważać tych siedmiu radnych za przedstawicieli naszego osiedla.  Aby jednak dbać o czyjś interes należy przede wszystkim chcieć i mieć naturę społecznika. Równie ważna co przymioty charakteru jest podstawowa znajomość KPA, prawa budowlanego, ustaw o samorządzie gminnym, o planowaniu przestrzennym, itp. Skuteczne dbanie o czyjeś interesy pochłania dużo czasu, energii i środków. Najlepsi byliby prawnicy, ale, jak usłyszałem niedawno od współmieszkańca prawnika: „Nikt nie lubi pracować za darmo”.

MGA: To akurat niekoniecznie jest prawda. Ważne, aby mieć istotny cel i widzieć szansę jego realizacji.

PG: …i mieć dużo wolnego czasu. Organizacje samorządowe, które Pani wymieniła – z całym szacunkiem – nie zapobiegły na przestrzeni ostatnich lat dewastacji przestrzeni publicznej w Aninie. One nawet nie wykorzystały ułamka przewidzianych prawem środków, aby coś zrobić. Ktoś napisał artykuł, ktoś zorganizował pikietę, ktoś zaprosił telewizję, ktoś stracił posadę i ….? Nic.
Nigdy nie aspirowałem do roli społecznika. Ład przestrzenny i zrównoważony rozwój – to główne cele z pierwszego artykułu Ustawy o Planowaniu Przestrzennym – po prostu walczymy o nasze prawa. Społeczny Komitet Obrony Ładu Przestrzennego Osiedla Anin powstał spontanicznie przy okazji pisania w imieniu sąsiada opinii w sprawie projektu kolejnej ponadnormatywnej zabudowy. Przyznam, że to urzędniczy tupet był katalizatorem mojej „przemiany”. Moment, kiedy urzędnik powiedział mi w oczy „nie ma Pan racji” nazywając czarne białym, był bezcenny!
Zbierając podpisy pod wnioskami o unieważnienie kolejnej decyzji administracyjnej i pod skargami na urzędników, chodząc od domu do domu, spotykając się i rozmawiając z najbliższymi mieszkańcami, zorientowałem się jak wielka jest nasza niewiara w skuteczność działań obywatelskich. Ludzie zazwyczaj chętnie podpisują, jeśli tylko cel ich przekonuje, ale robią to z lekkim dystansem, owszem, sympatyzując, ale jednocześnie podważając powodzenie misji: „to się nie uda” „nic z tego nie będzie” „już inni próbowali i nic nie wyszło”. Nikt nie lubi przegrywać.

MGA: To oczywiste.

PG: Jest jednak grono świadomych Aninian, to budzi nadzieję. Dodają otuchy słowami, dopytują o koszty, nie trzeba im nic tłumaczyć, widzą te wszystkie patologie wokół i jakby… czekali na mnie? Pierwiastek mesjanistyczny, niezamierzony.
Podejrzewam, że po latach bizantyńskich rządów, jako społeczeństwo, nie wierzymy w żadną władzę, a do tego wszystkiego nie mamy po prostu do siebie zaufania. Nie ma co ukrywać: samorządność wymaga uczciwości, dyscypliny, otwartości, umiejętności słuchania i używania racjonalnej argumentacji. Przydałby się też lider z autorytetem, który potrafiłby zastąpić nasze prywatne merkantylne cele wspólną wizją, albo przynajmniej wytyczył krótkodystansowy cel-minimum i odwalił za wszystkich logistyczną robotę.

MGA: To wspaniale, że zgodził się Pan wziąć na swoje barki ten ciężar! Jest zatem nadzieja, że coś w kwestii naszej anińskiej samorządności znów ruszy!

PG: Od sierpnia ciągnę ten lekki wóz na fali osobistego „wkurzenia”, więc nie narzekam. Robię to ponieważ nikt inny tego nie robi. Ponieważ rozpoznałem bezsilność, rezygnację i strach w oczach sąsiadów, którzy boją się, że np. prawnicy dewelopera pozwą ich do sądu o odszkodowanie za utracone zyski. Ponieważ jako architekt znam prawo budowlane i KPA. Robię to, ponieważ zebrałem 60 podpisów PROTESTUJĄCYCH MIESZKAŃCÓW i wiem, że mógłbym ich zebrać 2 lub 3 razy więcej gdybym miał mnóstwo wolnego czasu. Walczę przede wszystkim o swoje, bo to pod moim domem ma wyrosnąć budynek z czterdziestoma mieszkaniami a w całym obszarze UMN/3 trzy budynki na 200 mieszkań. Ten kto do tego dopuścił musi mieć tupet!
Składającym podpisy tłumaczę intrygę, przekonuję do naszych racji, przedstawiam argumenty, proponuję racjonalne sposoby postępowania, ale też nikomu nic nie obiecuję, nie organizuję zbiórek, dwa razy nie namawiam. Mówię – to jest niezgodne z prawem, ten urzędnik mnie okłamał, ten radny pomógł. Przy okazji poznaję sąsiadów.

MGA: Aninianie stali się poniekąd zakładnikami sukcesu Anina jako osiedla. Ziemia jest tu tak droga, że pozwolić sobie na nią może wyłącznie deweloper.

PG: Ziemia jest zawsze czyjąś własnością i rzadko bywa tania, ponieważ to towar deficytowy. Natomiast nie przeceniałbym „sukcesu Anina” – z tego co widzę szykuje się raczej „piękna katastrofa”.

MGA: Co Pan rozumie przez to określenie?

PG: „Anin to już nie jest to samo miejsce co kiedyś” - to najczęściej padające słowa z ust starszych aninian. Zgadzam się z tym, ponieważ, pomijając aspekt przemijania, wprowadzenie w siatkę willowych leśnych działek kwartałów zabudowy wielorodzinnej rodem ze śródmieścia to karygodna dewastacja ładu przestrzennego i charakteru miejsca. Za chwilę, niemal już teraz - zaczynamy mieszkać na mało rozpoznawalnym osiedlu, gdzieś pomiędzy Biedronką i Lidlem, z nijaką pseudonowoczesną wielorodzinną architekturą, korkami wyjazdowymi, deficytem miejsc postojowych, osłabieniem więzi sąsiedzkich. Sosnowy mazowiecki las zamienia się na naszych oczach w trawnik i betonową kostkę.

MGA: Jak Pan ocenia ostre wejście deweloperów do Anina?

PG: Nie oceniam deweloperów, oni zawsze dążą do maksymalizacji zysków przy minimalizacji kosztów. Jako architekt wiem coś o tym. Dla każdego inwestora czy dewelopera podstawą biznes planu jest określenie pojemności inwestycyjnej konkretnej działki. Na terenie Anina obowiązuje plan miejscowy, który jest jedynym punktem odniesienia dla architekta przy opracowywaniu wstępnej koncepcji zagospodarowania terenu. Z mojej obserwacji (zresztą nie tylko mojej, bo przekonałem do mojego punktu widzenia 60ciu mieszkańców-sąsiadów) zapisy miejscowego planu zagospodarowania osiedla Anin są łamane, a więc łamane jest prawo, a na to są już konkretne artykuły KPA.

MGA: Warto przypomnieć kilka inwestycji: Villa Magdalena przy V Poprzecznej, zespół budynków przy Alpejskiej, ciąg domów jednorodzinnych przy Marysińskiej, ciężki w stylu blok przy Trawiastej, wreszcie wciśnięte niemal na siłę trzy zespoły po trzy domy w zabudowie bliźniaczej przy Bosmańskiej. Te wszystkie zabudowania nie pozostawiają niemal zupełnie miejsca na zieleń i drzewa, a sosny w szczególności, nawet zostawione na ich terenie, masowo usychają.

PG: Karygodne jest to, że przy okazji powstawania nowych inwestycji nikt nie egzekwuje kategorycznego zapisu z miejscowego planu zagospodarowania o „bezwzględnym zachowaniu wartościowej zieleni”. Przecież taki zapis znacząco wpływa na ograniczenie zabudowy kubaturowej. Urzędnicy bardzo dowolnie interpretują również paragrafy miejscowego planu zagospodarowania o podstawowym przeznaczeniu obszarów. „Obowiązek bilansowania miejsc postojowych na terenie działki” przy odrobinie dobrej woli można zinterpretować na korzyść okolicznych mieszkańców i narzucić na inwestora zaprojektowanie naziemnych miejsc zatokowych dla ew. gości, służb miejskich – wiem, że tak procedują urzędnicy w innych dzielnicach, zwłaszcza, że narzucony warunek: jedno miejsce postojowe na jedno mieszkanie dzisiaj wydaje się dzisiaj anachroniczny.

MGA: Czy działając jako zorganizowany komitet, aninianie mają większą szansę, aby wpływać na te wadliwe urzędnicze decyzje? 

PG: Nie wierzę w tworzenie sublokalnych organizacji z ich członkostwem, składkami, statutem, stanowiskami, siedzibami, regularnymi zebraniami (nie daj Bóg z dofinansowaniem Urzędu Dzielnicy!). Natomiast mocno wierzę w rzeczowe przekonywanie do idei obrony ładu przestrzennego jak największej ilości mieszkańców, jak często się da. Nasz głos w wyborach samorządowych to siła! Uwierzmy w to.
Społeczny Komitet Obrony Ładu Przestrzennego Osiedla Anin powstał z potrzeby proceduralnej KPA (Kodeksu Postępowania Administracyjnego). SKOŁPOA to dziewięciu członków założycieli, zero uprawnień dla kogokolwiek, jeden doraźny cel – uniemożliwienie urzędnikom niszczenia ładu przestrzennego naszego osiedla. Statutowym celem Komitetu jest organizowanie zbiórek publicznych wspierających „stanie na straży ładu przestrzennego osiedla Anin” (czyli ew. koszty obsługi prawnej, sądowe, pocztowe). Tak ustawa określa rolę i statut  Społecznego Komitetu, więc jesteśmy.

MGA: Jakie są plany komitetu na najbliższy rok i czy zamierzacie się zajmować wyłącznie ładem architektonicznym, czy też może macie jeszcze jakieś inne cele na uwadze?

PG: Ład przestrzenny Anina jest naszym celem nadrzędnym. W akcie założycielskim zapisano, że SKOŁPOA działa w dzielnicy Wawer, ale koncentrujemy się na razie na obszarze UMN/3  w Aninie. Naszym celem jest uniemożliwienie wydawania w tym miejscu pozwoleń na budowę z rażącym naruszeniem prawa. To jest nasze życie i nasza sprawa. Nie mamy innych planów jako Komitet Społeczny. Natomiast do mnie jako reprezentanta SPOŁPOA, kanałami zupełnie prywatnymi, zaczynają zgłaszać się mieszkańcy Anina i Wawra o pomoc prawną w relacjach z Wydziałem Architektury i Budownictwa Urzędu Dzielnicy Wawer. To znaczy, że nie jest fajnie. Jeśli wygramy z UMN/3 spróbuję przekonać sąsiadów do kontynuowania tej formy obywatelskiego uczestnictwa. Ale to jeszcze długa droga.

MGA: Być może nasza rozmowa zachęci kogoś do przystąpienia do kierowanego przez Pana komitetu, co ma zrobić, z kim się skontaktować?

PG: W akcie założycielskim SKOŁPOA jestem zapisany jako reprezentant Komitetu, i niech tak pozostanie; SKOLPOA@wp.pl

MGA: Bardzo dziękuję za rozmowę!

PG: Dziękuję.

--------------------------------------------------------------


Piotr Grzegorczyk, ur. 1965 r., absolwent  Wydziału Architektury na Politechnice Warszawskiej.
Jest współprojektantem hali widowiskowo-sportowej Arena Legionowo, osiedla Park Hallera w Otwocku oraz budynku apartamentowego Park Sosnowa w Otwocku.

Prowadzi niewielką pracownię architektoniczną specjalizującą się w budownictwie wielorodzinnym. Autor scenografii teatralnych i widowiskowych. Jako wizualizator architektury komercyjnej współpracował w latach 90-tych pod szyldem GSZ Studio z największymi pracowniami architektonicznymi w Warszawie.

piątek, 29 grudnia 2017

Energia za darmo? Podpowiadamy jak to zrobić!

W Aninie pojawia się coraz więcej dachów z zamontowanymi na nich panelami fotowoltaicznymi. To nowy rodzaj paneli słonecznych, które jednak nie podgrzewają wody w domach lecz produkują prąd.


Pytani o sensowność takiego przedsięwzięcia, sąsiedzi są na ogół zadowoleni. Aby przybliżyć Wam temat, rozmawiam z jednym z wawerskich przedsiębiorców, Radosławem Łuczakiem, który zajmuje się montażem tych urządzeń.




MGA: Zacznijmy od początku. Po co nam panele na dachach?

RŁ: Aby oszczędzać na kosztach energii. Zestaw fotowoltaiczny przyłącza się do istniejącej instalacji elektrycznej budynku i w wyniku jego działania uzyskujemy tańszy prąd.


MGA: Tak po prostu? Czy mogę zatem już dziś zamówić takie panele na mój dach?

RŁ: Najpierw należałoby rozważyć, czy położenie dachu pozwoli uzyskać zamierzony efekt ekonomiczny.

MGA: Jakie jest zatem optymalne położenie dachu?




RŁ: Najlepszy byłby dach skierowany na południe, pod kątem 30-35 stopni. Jednak od tej reguły bywają też odstępstwa: dachy płaskie lub skierowane na wschód i zachód. W każdym przypadku warto skonsultować temat ze specjalistą.


MGA: Czy po wstępnym rekonesansie możemy składać zamówienie?

RŁ: Najciekawszym elementem takiej inwestycji jest fakt, że z powodów ekologicznych miasto Warszawa dofinansowuje zakup oraz montaż paneli i teraz właśnie jest najlepszy moment, aby złożyć wniosek o dofinansowanie.

MGA: Czy dofinansowanie jest pewne i na jaką kwotę może liczyć inwestor?

RŁ: 40% wartości instalacji z limitem do 15 000 zł.

MGA: To porozmawiajmy o kosztach. Z czego składa się instalacja i ile kosztuje? 


RŁ: Główny koszt stanowią panele oraz inwerter, czyli urządzenie, które zamienia energię słoneczną na prąd, który mamy w gniazdku. Przelicza się, że instalacja o mocy 1 kW to koszt pomiędzy 5500 a 6000 PLN. 

MGA: I to wystarczy, aby produkować prąd?

RŁ: Najbardziej opłacalna jest instalacja o mocy 5-6 kW, ponieważ wykorzystujemy wtedy cały limit dofinansowania.

MGA: To aż 25-30000 złotych. Czy musimy mieć tę kwotę przygotowaną zawczasu? To sporo pieniędzy.


RŁ: I tak, i nie. Na start potrzeba rzeczywiście ok. 40% kwoty, resztę można dopłacić po zakończeniu instalacji. Te koszty są rozłożone w czasie ok. dwóch miesięcy. 




MGA: A kiedy dostajemy zwrot z urzędu?

RŁ: Najpierw musimy złożyć wniosek do urzędu. Do końca marca jest czas, aby to zrobić. W maju są podpisywane umowy z urzędem i wtedy mając już pewność dofinansowania, możemy bez obaw rozpocząć inwestycję, czyli podpisać umowę z instalatorem i rozpocząć cały proces. 

MGA: A kiedy zaczniemy mieć z tej inwestycji jakieś zyski?


RŁ: Najpierw należy złożyć zamówienie na podzespoły, instalacja paneli i inwertera trwa około tygodnia. Muszę podkreślić, że niemal wszystkie czynności związane z dofinansowaniem i przyłączeniem instalacji do sieci spoczywają po naszej stronie. Właściciel domu jedynie wyraża chęć i wykłada konieczną kwotę. Zatem również my składamy u dostawcy prądu wszystkie potrzebne dokumenty. Dostawca, np. Innogy ma jeden miesiąc na założenie dwukierunkowego licznika.

MGA: A co to znaczy "dwukierunkowy licznik"?


RŁ: Po zainstalowaniu na swoim dachu paneli, pani dom staje się małą elektrownią, która wytwarza prąd nie tylko na potrzeby rodziny lecz również dostarcza pani prąd do sieci. To wszystko jest rejestrowane przez licznik.

MGA: Czyli wróćmy do zysków. W jaki sposób są one liczone?

RŁ: Energia wytworzona i zużyta są bilansowane i na rachunku przedstawia się wyłącznie różnicę. 

MGA: Czy może pan przedstawić konkretne przykłady oszczędności u swoich byłych klientów?

RŁ: Instalacja 5 kW daje roczną oszczędność w wysokości ok 2900 zł, 6 kW ok. 3500 zł.

MGA: Zatem potrzebujemy kilku lat, aby inwestycja się zwróciła.


RW: Owszem, jadnak żywotność tej instalacji to ok. 25 lat i mniej więcej od 7 roku mamy nasz wytworzony prąd za darmo.




MGA: Czy instalacja 6 kW wystarczy aby zaspokoić zapotrzebowanie 4 osobowej rodziny?


RW: Generalnie tak, przy założeniu, że zużycie prądu jest nie jest większe niż 5000 kWh rocznie. Bo trzeba tu dodać, że poszczególne gospodarstwa domowe bardzo się różnią w zużyciu energii. Czasami w domach jest elektryczne ogrzewanie podłogowe lub ktoś z domowników ma samochód z napędem elektrycznym, to zwiększa zużycie prądu.  

MGA: Ten rodzaj wytwarzania prądu ma zatem dużo zalet: jest tani i ekologiczny. A trzeba przyznać, że przynajmniej zimą powietrze w Wawrze jest tragiczne.

RŁ: Tak! Produkując prąd na własnym dachu mamy wpływ na czystość powietrza, gdyż ograniczamy spalanie węgla w wielkich elektrowniach. Ten kierunek zaspokajania energii staje się coraz bardziej popularny. Chętnie przyjadę do każdego aninianina i wytłumaczę to, co po naszej rozmowie zostało jeszcze niejasne.

MGA: Zatem poprosimy o kontakt do Pana.

RŁ: Radosław Łuczak, Fotowoltaika RS, tel. 606627194, mail: biuro@fotowoltaika-rs.pl

MGA: Dziękuję za rozmowę!

                                                          

Na zdjęciach wybrane instalacje firmy Fotowoltaika RS.








   

sobota, 25 marca 2017

Torby z Anina, czyli Alicja Sajewicz i jej cudeńka




Jesteś w Aninie nową mieszkanką? Przedstaw się, proszę.
Nazywam się Alicja Sajewicz, z domu Wenska. Trzy lata temu zmieniłam zawód i zostałam kaletnikiem, wcześniej byłam dziennikarką radiową i telewizyjną. Zresztą do dzisiaj pracuję głosem, można mnie usłyszeć w programach telewizyjnych, filmach dokumentalnych i audiobookach.
Urodziłam się w Łodzi, ale właściwie od zawsze chciałam mieszkać w Warszawie, chyba od pierwszej podróży do Warszawy, w którą zabrała mnie mama. Wsiadłyśmy do pociągu na niewielkiej stacji „Łódź Niciarniana”, a wysiadłyśmy tuż pod nowo otwartym hotelem Mariott. Był rok 1989. Żadna z późniejszych wizyt w wielkich miastach nie zrobiła już nam mnie takiego wrażenia. Dwanaście lat temu na stałe przeniosłam się do Warszawy i właściwie od razu zakochałam się w Aninie. Przyjaciółka zabrałam mnie na weekend do rodziców, którzy mieszkają przy II Poprzecznej i tak znalazłam swoje miejsce na ziemi. Po latach mieszkania tuż za torami, trzy lata temu przeprowadziliśmy się z rodziną na ulicę Marysińską, gdzie mieszkamy i oboje z mężem pracujemy.

Ostatnio masz dobry czas, dużo się pisze o Tobie i Twoich produktach.

Jestem wdzięczna i szczęśliwa, że moja praca zyskuje uznanie, a paski i torby z mojej pracowni coraz szersze grono klientów, którzy podobnie jak ja, wierzą w jakość i szukają rzeczy nie tylko ładnych, ale też trwałych i naprawialnych.

Opowiedz o tym, jak zostałaś kaletniczką. 
Od dziecka uwielbiałam skórę i wyroby skórzane. Miałam szczęście wychowywać się w domu rodzinnym mojego taty, gdzie w starych przepastnych szafach znajdowałam suknie balowe po babci i jej piękne stare torebki. Były to czasy, kiedy niewiele można było kupić, a więc niczego nie wyrzucano i nie wymieniano tak beztrosko jak teraz. W szufladzie ogromnego biurka znalazłam sporą torbę ze skrawkami skór, które najpierw przez lata oglądałam, a jako nastolatka zaczęłam przerabiać na biżuterię, ponieważ były za małe, żeby zrobić z nich torbę. Zawsze kochałam torebki, od piątej klasy miałam skórzany plecak. Uwielbiałam, kiedy się psuł, bo mogłam wtedy pójść do kaletnika i chociaż przez chwilę przyglądać się jego pracy. Potem spełniłam swoje drugie marzenie i zostałam dziennikarką. Przez większość studiów udzielałam się w radiu studenckim, współpracowałam z Trójką, Radiem TOK FM, żeby w końcu prowadzić weekendowe poranki w Radiu Plus, a potem w Radiu PiN. Z radia niedaleko do telewizji, gdzie mogłam się wykazać, współpracując przy "Świat się kręci". Prżez te wszystkie lata czułam jednak, że coś mnie omija, brakowało mi pracy własnych rąk. A poza tym nigdzie nie mogłam znaleźć idealnego paska, ani  wymarzonej torebki. Trzy lata temu odeszłam z telewizji i zaczęłam się uczyć rzemiosła u znanego warszawskiego kaletnika. Potem nawiązałam kontakty z garbarniami i dostawcami surowców, a rok później otworzyłam pracownię i stworzyłam markę Wenska leather goods.  


Firma to twój drugi czy pierwszy etat?
Chyba nawet jeden z trzech! Prowadzę firmę, równolegle pracuję jako lektor programów telewizyjnych, filmów dokumentalnych i reklam. Można mnie też usłyszeć w audiobookach, ostatnio w „2010: Odyseja kosmiczna”, w roli żony głównego bohatera, granego przez Mirosława Zbrojewicza. Poza tym jestem mamą dwójki dzieci (6 i 9 lat), a to jest co najmniej kolejny etat, jeśli nie dwa…

Nie brakuje ci tego, co robiłaś wcześniej?
Ta długa droga do kaletnictwa zaowocowała poznaniem wielu ludzi, którzy po latach stali się moimi pierwszymi i co najważniejsze, stałymi klientami. Doceniają moją pracę i niejako utwierdzają w słuszności tej zawodowej zmiany.

Ktoś mógłby zadać pytanie, po co dziś, w czasach tanich produktów robić wysmakowane i drogie torebki i paski?
Torby i paski Wenska leather goods powstają ze skór produkowanych przez najlepsze polskie garbarnie. Są to mocne i solidne skóry na lata. Podobnie jest z okuciami i klamrami do pasków. Decydując się na wypuszcznie produktu na rynek, muszę mieć pewność, że jest on nie tylko dobrze zaprojektowany, ładny i funkcjonalny, ale też trwały i wytrzymały. Chcę mieć pewność, że zniesie codzienne użytkowanie przez czas znacznie dłuższy niż jeden sezon. „Torby i paski na całe życie”, to hasło, które towarzyszy moim produktom i mojej codziennej pracy. Myślę, że właśnie tego szukają moi Klienci.


Jak polskie rzemiosło wygląda na tle europejskim? Czy mamy szansę tam zaistnieć?
Oczywiście! Polskie rzemiosło wyróżnia się nie tylko dobrą jakością, ale i niższymi cenami, wynkającymi przede wszystkim z niższych kosztów pracy. W tej chwili nie ma tygodnia, w którym nie trafiłaby do mojej skrzynki oferta chińskiej lub tureckiej fabryki torebek, która chciałaby dla mnie szyć. Jednak tworząc markę, której dałam własne nazwisko, mając ambicje powołania do życia rodzinnej firmy, która ma utrzymać się na rynku przez wiele lat, chcę być uczciwa wobec siebie i swoich klientów. Chcę dać im pewność, że torba czy pasek, który kupili ode mnie, został wykonany nie tylko z najlepszych surowców, ale także przez lokalnych rzemieślników z poszanowaniem praw pracowniczych. Te podstawowe zasady są coraz ważniejsze na naszym polskim rynku i zupełnie oczywiste, kiedy sprzedajemy na rynku europejskim, gdzie klientom zależy na pełnej przejrzystości procesu produkcji. Rozumiem to, szanuję i popieram.

Gdyby ktoś chciał kupić ręcznie wykonaną torebkę lub pasek z logo WENSKA, jak może Cię znaleźć? 

Wszystkie torebki i paski są dostępne w sklepie internetowym na stronie: https://wenska.pl oraz na platformie showroom.pl na Facebooku: facebook.com/wenskaleathergoods i Instagramie: instagram.com/wenska_leathergoods
Poza tym zapraszam do pracowni i warsztatu, mieszczących się oczywiście w Aninie, przy ulicy Marysińskiej 6 (najlepiej po wcześniejszym kontakcie telefonicznym lub mailowym) oraz do butiku PO/3 w centrum Warszawy, przy ulicy Poznańskiej 3.


Co lubisz i czego nie lubisz w Aninie?
Lubię zapach lasu i śpiew ptaków przy porannej kawie przed domem i wiewiórki ganiające się po okolicznych sosnach. Najbardziej jednak, w Aninie, lubię ludzi. Sąsiadów, którzy są przyjaźni i wyrozumiali – ludzi, z którymi wspólnie ratujemy jeże, które utknęły w ogrodzeniu, przerzucamy przez płot drabinę, żeby nasze dzieci miały swoje tajemne przejście. Anin wciąga, ponieważ pozwala zorganizować większość codziennego życia na miejscu. Jest tutaj szkoła moich dzieci, ich drużyna zuchowa, basen z najlepszym anińskim trenerem pływania, Wojtkiem Sieczkowskim, Uniq Fight Club Kamila i Radka Paczuskich (w dawnym kinie, obok kościoła), w którym razem z mężem trenujemy.
Czy jest coś, czego nie lubię? Można nie lubić czegoś w Aninie? No dobrze, nie lubię kierowców, którzy wjeżdżają rano na Marysińską, żeby ominąć korek na Wydawniczej i jeszcze przydałoby nam się więcej koszy na śmieci na ulicach i porządny chodnik na Bosmańskiej.
Bardzo dziękuję za rozmowę!


czwartek, 16 marca 2017

Wiosenny numer MNA już jest!


Piękny numer z wyglądającym z dziupli dzięciołem pewnie już trafił do Państwa rąk, my informujemy o nim z niewielkim opóźnieniem.

Kto nie trafił na nasz osiedlowy niecodziennik, może go obejrzeć w wersji cyfrowej tutaj.

Zapraszamy do lektury!

mga