Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Szkoła Falenicka" - spotkanie ze Stefanem Szczepłkiem


7 grudnia 2018 w Wawerskim Centrum Kultury w Międzylesiu odbyło się spotkanie ze Stefanem Szczepłkiem, komentatorem sportowym, dawnym mieszkańcem Falenicy, autorem książki wspomnieniowej "Szkoła Falenicka", pisząca te słowa miała zaszczyt je poprowadzić.



Na spotkanie stawiło się liczne grono faleniczan oraz mieszkańców innych wawerskich osiedli. Rozmawialiśmy o dawnej i współczesnej Falenicy, o sporcie i sportowcach, a zwłaszcza o piłce nożnej, o PRL-u, polityce oraz wielu innych sprawach. Poniżej pytania, których nie zdążyłam naszemu gościowi zadać:






MGA: Eliminacje do EURO 2020. Trafiliśmy: Austrię, Izrael, Słowenię, Macedonię i Łotwę. Grupa marzeń? Grupa trudna? Grupa "śmierci z nudów". Damy w ogóle radę wyjść z grupy?

SSz: Mieliśmy dużo szczęścia, bo to chyba najłatwiejsza grupa. Każdego można i powinniśmy pokonać. Ale Jerzy Brzęczek znalazł się w trudnej sytuacji. Właściwie każdy zawodnik po mistrzostwach świata ma jakieś problemy. Jak nie kontuzje, to przemęczenie, walka o miejsce w zespole klubowym.  Większość piłkarzy z kadry Adama Nawałki wprawdzie pozostała, ale ich problemy odbijają się na grze reprezentacji. Jerzy Brzęczek musi więc szukać innych graczy i rozwiązań, a to musi potrwać. Dlatego, mimo że jesteśmy faworytami grupy, nieco się boję. 


MGA: W 1974 roku atak Lato - Szarmach - Gadocha był najlepszym atakiem świata. Dlaczego w kraju z takimi tradycjami piłkarskimi na boiskach ligowych roi się od obcokrajowców? Skąpstwo prezesów? Zmowa menedżerów? Za mało pieniędzy na ligę?

SSz: Akurat w roku 1974 mieliśmy nie tylko najlepszy atak świata, ale i Kazimierza Deynę, który prowadził grę całej drużyny. Jeśli chodzi o skalę talentu dziś tak dobrych zawodników, poza Robertem Lewandowskim, nie ma. Zawodnik z zagranicy bywa tańszy od polskiego. Ma też zwykle swojego menedżera, który potrafi przekonać niekompetentych właścicieli lub prezesów klubów, że kupują niezwykły talent. Rzadko to się sprawdza. A jednocześnie ci sami ub inni menedżerowie sprzedają za granicę młodych zdolnych Polaków, z których mało kto potrafi się przebić w zawodowym klubie. Pieniędzy nie jest za mało. Zawodnicy w klubach ekstraklasy i I ligi zarabiają nieproporcjonalnie dużo w stosunku do swoich umiejętności i jakości gry.


MGA: Czemu Nawałka przed mundialem zmieniał ustawienie? Czego szukał rozmontowując własny zespół?

SSz: Ja tego nie rozumiem. Nawałce do mundialu nieźle szło. Pierwszy raz widziałem trenera reprezentacji Polski, który na najważniejszym turnieju swojej kariery (a przy okazji karier zawodników) podejmuje samobójcze decyzje, dotyczące zarówno taktyki, jak i wyborów personalnych.

MGA: W kibicowaniu pojawiają się plemienne i wojenne rytuały, które zaczynają ciążyć społeczeństwu i są nazywane chuligaństwem. Czemu władze nic nie robią, aby zwalczyć tę patologię?

SSz: Wszyscy boją się chuliganów. Oni, poprzez swój szowinizm, brutalność i agresję nie tylko odbierają przyjemność oglądania meczu, ale stanowią zagrożenie. Boją się ich właściciele klubów, więc wolą się z nimi dogadywać niż ich zwalczać. Walka z kibolstwem grozi bojkotem meczów, a pusty stadion to i pustki w kasie. Kibole często odgrywają role patriotów, więc mogą mieć poczucie bezkarności ze strony obecnej władzy. Tym bardziej, że kibice to wielki elektorat. 

MGA: Piłka nożna to wielki biznes. Wystarczy porównać kwoty, jakie zarabiają piłkarze i zawodnicy innych dyscyplin. Czy to działa na korzyść piłki, czy też wręcz odwrotnie?

SSz: Pieniądze są w sporcie konieczne. Im ich więcej, tym silniejsze kluby i wyższy poziom. Real, Barcelona, Manchester City u Manchester Utd, Chelsea, Juventus, PSG są na to dobrymi przykładami. Ale mam wrażenie, że doszliśmy do ściany. Najlepsi zawodnicy powinni dobrze zarabiać, ponieważ ściągają na trybuny tysiące kibiców, a więc dzięki piłkarzowi zarabiają kluby. Ale kilka lat temu nawet Watykan wypowiedział się na temat wysokości transferów i gaż piłkarzy, mówiąc, że są niemoralnie wysokie. Trudno się z tym nie zgodzić.

MGA: Bardzo dziękuję!

wtorek, 13 września 2016

Jadwiga Ślawska Szalewicz - Podwieczorek w „Cukierni Pod Amorem”

Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisarka i Łukasz Jeziorski burmistrz dzielnicy Wawer m.st. Warszawa zaprosili nas na podwieczorek w „Cukierni Pod Amorem”, który odbył się w piękną, upalną sobotę 27 sierpnia 2016 r. w Wawerskim Centrum Kultury filia Anin przy ul. V Poprzecznej 13. Okazją do spotkania było pięciolecie wydania powieści ”Cukiernia Pod Amorem” i 150-lecie Gminy Wawer.

Od lewej: prowadzący imprezę Jarosław Rosiński, nn, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka zdjęć Aldona Kraus, burmistrz Wawra Łukasz Jeziorski, dyrektor WCK Barbara Karniewska

Po przekroczeniu bramy WCK filia Anin przenieśliśmy się do zaaranżowanej 100 letniej cukierni na spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką powieści, i bohaterami sagi. Pani Małgorzata jest absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Zadebiutowała jako scenarzystka serialu Tata, a Marcin powiedział… Jest autorką bestsellerowej trzytomowej sagi Cukiernia Pod Amorem serii Podróż do miasta świateł oraz Fortuna i namiętności a także licznych powieści. Autorka jest laureatką nagrody „Książka Roku 2008” przyznawanej przez Polską Sekcję IBBY za powieść  13 Poprzeczna oraz – co najważniejsze – mieszkanką Anina.

W cudownej atmosferze przebiegało zarówno spotkanie z pisarką jak i bohaterami. Wysłuchaliśmy kilku fragmentów czytanych przez gościa specjalnego Wojciecha Adamczyka - reżysera, a prywatnie męża honorowego gościa pani Małgorzaty Gutowskiej –Adamczyk. 

Wojciech Adamczyk
Kapelusze, fascynatory, toczki zdobiły głowy pań przybyłych na spotkanie w Cukierni. O wygląd zadbała Katarzyna Nowakowska, modystka prowadząca salon Zuwika Design. Istotnym elementem kobiecej stylizacji jest odpowiednio dobrany makijaż. Podczas Podwieczorku Elżbieta Wiśniewska, reprezentująca markę kosmetyczną Mary Kay, zadbała o perfekcyjny makijaż wszystkich uczestniczek spotkania. Aby żadnej z pań nie pozostawić bez stosownego makijażu z Elżbietą pracowały Małgorzata Kwaśnik i Joanna Jaglińska.


Pod specjalnymi namiotami można było degustować ciastka w konkursie na „Ciastko Wawerskie” ogłoszonym z okazji 150-lecia Gminy Wawer.  Cukiernie Meryk i Mytlewski przygotowały pyszne wyroby.  W głosowaniu wzięli udział wszyscy uczestnicy Podwieczorku. Wygrała Cukiernia Meryk, serdecznie gratulujemy!



Leszek Baraniewski vice burmistrz Wawra z przedstawicielkami zwycięskiej Cukierni Meryk



Z okazji naszego spotkania przyleciała z Włoch wybitna malarka - Paulina Kopestyńska


Nie dość, że namalowała ona portret pisarki, to dodatkowo zgodziła się narysować kilka  portretów wystylizowanych uczestników. Zapisy były przyjmowane w punkcie informacyjnym przy wejściu do "Cukierni", ale niestety z braku czasu nie wszyscy chętni zostali sportretowani. Przez trzy godziny pani Paulina narysowała kilkanaście portretów.  



Paulina Kopestyńska jest laureatką wielu prestiżowych nagród. W roku 2003 zdobyła II nagrodę na międzynarodowej wystawie Primavere Femminite w Galerii Eustachi w Mediolanie, nagrody Lions Club Galerii Vittorio Emmanuele i 2005 nagrody Premio Arte Giorgio Mondadori. Jej prace były prezentowane na wystawach w Polsce, Belgii, Francjii, Szwajcarii, Meksyku i we Włoszech. żowych nagród (np. 2003 - 2. nagroda na międzynarodowej wystawie Primavera femminile w Galerii Eustachi w Medionalnie, 2004 - laureatka nagrody Lions Club w Galerii Vittorio Emanuele w Medionalnie, 2005 - nagroda Premio Arte Georgio Mondadori).
Prace Pauliny Kopestyńskiej prezentowane były na wystawach, m.in. w Polsce, Rosji, Belgii, we Włoszech, Francji, Szwajcarii i Meksyku.
Prowadzi autorskie warsztaty malarskie w Polsce i za granicą.
Od kilku lat współpracuje z Archiwum Polskiej Akademii Nauk.

Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Pomysłodawczynią i głównym organizatorem Podwieczorku była mieszkanka Anina, Katarzyna Fernik-Jurek, która czuwała nad całością wydarzenia. Przez trzy miesiące Kasia pracowała jako wolontariuszka, przygotowując dla nas tę imprezę. Kasiu bardzo dziękujemy za świetny pomysł i wykonanie a także za niespodzianki jakie na nas czekały w „Cukierni Pod Amorem”!
Katarzyna Fernik-Jurek

Byli zacni goście, ciastka, frekwencja odwiedzających tego dnia Cukiernię wyniosła ponad 180 osób, były konkursy i piękna pogoda. Z reporterskiego obowiązku odnotowuję, że konkurs na kapelusz wygrała aninianka, Aldona Kraus. 
Wszyscy goście otrzymali torby z upominkami dotyczącymi „Cukierni Pod Amorem” oraz broszurkę z informacjami o najciekawszych propozycjach Wawerskiego Centrum Kultury w miesiącu wrześniu 2016 r. naklejkę 5 lat Cukierni Pod Amorem oraz zakładki do książek.

Piękne zdjęcia autorstwa Agnieszki Bohdanowicz, która specjalnie przyjechała z Łodzi,  jak również przebogaty album w wykonaniu Aldony Kraus dokładnie oddają klimat panujący podczas podwieczorku.
To był wyjątkowy podwieczorek – taki nasz anińsko-wawerski.

Jadwiga Ślawska-Szalewicz



wtorek, 1 grudnia 2015

Teresa Szymczak - Bardzo osobiste czytanie Gutowskiej cz. 1

DZIEWCZYNA Z MARSA?   

Objawiła  się w Mińsku Mazowieckim,  w rodzinie nauczycielki i technika elektryka. Skończyła studia tam, gdzie je zaczęła, czyli w Warszawie, w PWST. Wraz z mężem, i dziećmi mieszkała na bliskim nam Grochowie, by po latach osiąść, mamy nadzieję,  na dobre, w Aninie. Ale ciągle jest… Dziewczyną z Marsa. Przynajmniej dla mnie. Zdziwioną tubylcami, czyli ludźmi, odstającymi w obyczajach od jej wyobrażeń o tym, jakim się być powinno, nieprzystającą do zaśmieconego Anina. Zdziwioną biernością, niedbalstwem, małą gotowością tubylców do wspólnego działania.
Dziewczyna z Marsa,  więc  nie wie, że do ludzi trzeba mieć cierpliwość…

WIEŚĆ O ZAMIESZKANIU…
…pary szeroko znanej poza granicami naszej „wioski” – Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i Wojciecha Adamczyka przyniosła mi Maria Chodorek. Złożyła im właśnie – jako nowym mieszkańcom – kurtuazyjną wizytę  w odrestaurowanym domu, który znała w dawnym wydaniu. Podzieliła się wrażeniami. Byłam nieco zdziwiona niezwykłym entuzjazmem Marysi w opisie pani Gutowskiej; Marysi, zazwyczaj powściągliwej w zachwytach. Więc byłam zaintrygowana tym kimś, kto taki entuzjazm wzbudził.
 Przy najbliższej okazji pognałam do wypożyczani na Trawiastą, prosząc  o wszystkie książki,  które napisała M.G.A. Było to dawno temu, pamiętam z owej lektury niewiele. Tyle, że były to książki  z działu dla młodzieży i były… zaczytane. A więc przybyła do Anina   pisarka poczytna i lubiana.

BLISKIE SPOTKANIE PIERWSZEGO STOPNIA
Był rok 2008. W Klubie Kultury przy V Poprzecznej, na jednym z kolejnych naszych piątków klubowych spotkały się członkinie Oddziału Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy. Prowadziłam owo zebranie, bo dotyczyło poezji i inaugurowało cykl zaplanowanych spotkań pod nazwą OTWARTY TOMIK Z POEZJĄ. Przy długim stole w intymnym kręgu zasiadło kilkanaście  pań. Każda z nas miała przeczytać najbardziej lubiany przez siebie wiersz i powiedzieć o nim kilka słów.
 Spotkanie przebiegało zgodnie z założeniami Przeważnie siwe głowy uczestniczek pochylały się nad wygrzebanymi z lamusa domowych biblioteczek tomikami; nagle okazało się, że wszyscy mamy jakieś ulubione, choć zapomniane wiersze.  Czytano raz lepiej, raz gorzej, ale o dziwo, z dużym zaangażowaniem, o czym świadczyły szczere wyznania w komentarzach. Zaskoczeń nie było, aż do momentu, gdy głos zabrała osoba zupełnie mi nieznana.  Miast czytać, jak zaplanowano, zadała pytanie: 
- Ile koncertów opisał  Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu?
Konsternacja. Każda  z nas czytała tę biblię polskiej literatury. Koncerty? No…Jankiela, no…Wojski grał i echo mu odpowiadało… Nic więcej żadna z nas z pamięci nie wygrzebała.
Siedziałam zdumiona. Kto to? I kto tak dobrze zna polską literaturę, że Pana Tadeusza  na wyrywki pamięta? Co za UFO przyniosło tu do nas tę dziewczynę?
- Więc wam przeczytam ten fragment – oświadczyło Zjawisko i odczytało – opis rechotu żab, które Mickiewicz unieśmiertelnił…
Byłam lekko oniemiała. Oto znalazł się wśród nas ktoś, kto lepiej zna polską literaturę, niż ja, polonistka, co prawda dawno wycofana z obiegu.
- Marysiu, kto to? – szeptem spytałam naszą panią prezes. - Małgosia Gutowska, została naszym członkiem – odpowiedziała z  niejaką dumą. 
To było moje pierwsze osobiste zetknięcie z Dziewczyną z Marsa.

Teresa Szymczak

sobota, 28 listopada 2015

Zapraszam na spotkanie autorskie!


Po "13 Poprzecznej" to druga moja powieść z Aninem w tle. Serdecznie zapraszam wszystkich mieszkańców Anina oraz Wawra!


"Kalendarze" 
rozdział 1

"Lato mieliśmy tego roku piękne, suche i słoneczne. Pod koniec sierpnia trochę popadało, ale deszcz stawał się już bardzo potrzebny, bo trawy zaczynały żółknąć, a drzewa gubiły liście. Teraz znów jest ciepło. Mimo że nocami i rano ciągnie chłodem, za dnia słońce świeci nieprzerwanie. Wychodzę z psami na dłuższy niż zazwyczaj spacer, gdzieś aż do lasu, górka Delmaka,  mimo pogody i tak pewnie będzie pusta. Odpinam smycze i daję im pobiegać. Zadzieram głowę. Patrzę na sosny i dęby z pocztówkowym niebem w tle. Żadnej chmury. Od czasu do czasu tylko biała wstążka znacząca drogę przelatującego gdzieś wysoko samolotu. Myślę o ludziach, którzy spoglądają w dół i widzą szare nitki dróg, granatowe zbiorniki wodne, miasta niczym kolorowe plamki zatopione w zieleni, lasy podobne do puchatych dywanów. Dziś nic nie przesłania im widoku. Od kiedy sama często tak podróżuję, nie zazdroszczę nikomu przygody. Jestem tylko ciekawa, czy podobnie jak ja robią sobie sprawdzian z geografii? Czytają? A może drzemią?
Wracamy.
Zieleń jest jeszcze dość świeża, gdzieniegdzie tylko między liśćmi pojawia się złota plamka zwiastująca jesień. Winobluszcz na ścianie kościoła u dołu ciemnozielony, ku górze już całkiem w kolorze burgunda. Ptaki też śpiewają jesiennie. Co roku pojawiają się te same, wrześniowe, tony.
Siadam do pracy.
Kiedy podnoszę wzrok, widzę, że cienie się wydłużają. Teraz sięgają niemal ku rosnącym na parceli sąsiadów świerkom, które – oblane złotem zachodzącego słońca – z wolna szarzeją. Zapada zmierzch, choć dopiero minęła siódma. Mrok gęstnieje. Drzewa już całkiem czarne, za chwilę nieodwołalnie stopią się z granatowym niebem. Zapalona lampka przyciąga ćmy. Uderzają w szybę, chcąc sforsować zamknięte okno. Nadlatuje nietoperz i błyskawicznie chwyta jedną z nich, po czym, syty, nurkuje w ciemność.
W domu cisza. Psy drzemią, oczekując wieczornego spaceru. Laptop szemrze, wskazówka zegara ściennego niestrudzenie odmierza mijające sekundy. Kiedy opada na tarczy – głośniej, gdy wspina się ku górze, cichnie, jakby się zmęczyła. Około wpół do ósmej psy przychodzą sprawdzić, czy nie zapomniałam o najważniejszym. Trącają mnie nosami. Mogę je przez jakiś czas ignorować, ale w końcu trzeba będzie wyjść w tę ciemność.
Na ulicy jest widniej, niż sądziłam. Jaśniejsze smugi pocięły niebo za torami. Drzewa oświetlone przez latarnie znów się złocą. Szuram nogami w opadłych liściach. Jest w nich coś wzruszającego. Samotność? Śmierć? Niektóre, wyraźnie zniechęcone życiem, odrywają się od gałązek poznaczone plamami, zeschnięte jak staruszki. Inne, przeciwnie, w najpiękniejszym momencie, wciąż zielone, czasem wspaniale żółte lub bordowe. Chciałabym zebrać całe naręcze i podrzucić do góry, ale boję się, że ktoś to zobaczy i pomyśli, że zaśmiecam ulicę, że zwariowałam.
Nie powstrzymuję się jednak od zerkania w okna. Nigdy nie potrafiłam się oprzeć pokusie zajrzenia do cudzego domu. Jeśli tylko okno nie zostało zasłonięte, zatrzymuję na nim wzrok. Czasem widzę obraz na ścianie, niekiedy lampę, zazwyczaj oczom przechodnia dostępny jest tylko wąski wycinek mieszkania, ale to mi wystarczy. Rzadko widać ludzi,  nie jestem zresztą ich tak ciekawa jak wnętrz.
Psy biegną nieuważnie, nie lubią chyba nocnych spacerów. Przyspieszam kroku tam, gdzie latarnie nie świecą. Z ciemności nagle wyłania się rower. Nie ma świateł. Ktoś idzie, mówiąc sam do siebie. Gdy nas mija, nie ścisza głosu. Uliczne rozmowy przez telefon nikogo już nie krępują. Wracamy i widzimy auto parkujące na podjeździe. Psy, uwolnione ze smyczy, wbiegają do holu, radośnie oczekując kolacji.
Niespodziewanie powiedziałeś w połowie sierpnia:
– Wyprowadzam się.
„To już?” – pomyślałam.
Stałeś skrępowany. Coś tam dodałeś jeszcze, tytułem usprawiedliwienia. Jednak nikt cię nie słuchał. Ja i twój ojciec opuściliśmy głowy, wpatrując się w blat stołu. Straciliśmy ochotę na kolację. Może westchnęliśmy. Nie musiałeś niczego wyjaśniać. Widać nadszedł czas. Dla nas oznaczało to, że obaj nasi synowie wyprowadzą się mniej więcej jednocześnie.
Potem długo milczeliśmy. Przygnębieni, przywoływaliśmy głos rozsądku, tłumaczyliśmy sobie wzajemnie, przekonywaliśmy się, kiwaliśmy głowami. Coś się w naszym życiu kończyło. Nie rozumieliśmy tego jeszcze, nie analizowaliśmy. Staraliśmy się cieszyć, że jesteście gotowi, czujecie się dorośli, ale to był trudny weekend. Jeden z tych, które zmieniają wszystko.
A przecież na razie nic się  nie stało. Wciąż byliście tu z nami. Mimo że większą część dnia spędzaliście w pracy, liczyło się to, że wracacie. I nawet jeśli coraz częściej nocowaliście poza domem, nadal mieliśmy tę naszą maleńką czteroosobową wspólnotę. Nasze plany, zwyczaje, wspomnienia. Byliśmy razem przez dwadzieścia pięć szczęśliwych lat z ostatnią zmianą: przeprowadzką do tego domu. I choć każde z nas wpatrzone w ekran laptopa siedziało w swoim pokoju, to nadal byliśmy my, nasza czwórka. Tata, ja i wy dwaj.
Ten dzień, dzień pierwszej poważnej decyzji, był dla ciebie początkiem pięknej przygody. Zaledwie uchyliłeś do niej drzwi. Niedługo je otworzysz i wejdziesz w swoje dorosłe życie. My w naszych sercach usłyszeliśmy tylko głuchy stukot, jakbyś wyszedł na zawsze. Cóż mogliśmy powiedzieć? „Zostań jeszcze trochę”? „Będzie nam ciebie brakowało”? Szkoda, że natura nie obdarowała ludzi ptasim instynktem wyganiania potomstwa z gniazda. Wtedy pewnie byłoby nam łatwiej.
Wracam do tekstu, ale mi nie idzie. Raz po raz unoszę głowę i wpatruję się w swoje odbicie w całkiem czarnym oknie."



"Kalendarze" fragment. 

mga

niedziela, 23 marca 2014

Mój Anin


Miałam dwóch dziadków kolejarzy, ale żaden z nich nie kupił działki w Aninie...

Poniekąd są usprawiedliwieni. Kiedy hrabia Ksawery Branicki parcelował swe włości, Władysław Gutowski miał zaledwie dwanaście lat, Jan Serwatka zaś niepełne dwa.

Kręcili się potem co prawda po Falenicy i Miedzeszynie, jednak ostatecznie urodziłam się w małym satelickim miasteczku bez właściwości, podobnym do wielu miast okalających Warszawę.

Nie wiem, kiedy dowiedziałam się o Aninie, pewnie w latach sześćdziesiątych, gdy nie bez przygód wybrałyśmy się z mamą do międzyleskiego szpitala kolejowego, w którym leżał po raz pierwszy i niestety nie ostatni, mój tata.

Aninowi stuknęła wtedy pięćdziesiątka. W drodze na dworzec Wschodni, gdzie wsiadaliśmy w pociąg do Mińska Mazowieckiego, wyglądałam zapewne przez okno, ale nie dostrzegłam jeszcze wtedy porażającej urody Anina. Stało się to znacznie później, za sprawą kolejnych podróży do szpitala.

W latach dziewięćdziesiątych byłam już dorosła, miałam własne dzieci, a mój tata znów chorował. Wyglądając przez okno autobusu, za każdym razem miałam jedną i tę samą myśl: „Tu muszą mieszkać szczęśliwi ludzie!”.

Zazdrościłam im trochę tego szczęścia i prestiżowego adresu, bo już wiedziałam, że mieszkać w Aninie, znaczy wygrać los na loterii. Wpatrywałam się w okna mijanych domów, w uporządkowane ogródki przy ulicy Kajki, zachwycałam wszechobecną zielenią. Wzdychałam i wracałam na Pragę Południe, nie pozwalając sobie nawet na marzenie, że kiedyś i ja znajdę się wśród tej garstki szczęśliwców.

Ale te westchnienia nie pozostały bez echa. Dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed wielkimi obchodami stulecia Anina, zamieszkaliśmy tu i, chcąc nie chcąc, staliśmy się szczęśliwcami.

Od tej pory mam okazję przyglądać się Aninowi nie tylko przez szyby autobusu. Doświadczam go w całej pełni jego urody, a czasem zaniedbania. Podziwiam piękne domy i boleję nad rozbieranymi raz po raz świdermajerami, świadkami stuletniej tradycji. Zachwycam się pięknymi ogrodami i boleję nad workami pełnymi śmieci, które ludzie małej wiary podrzucają gdzie bądź, aby zaoszczędzić marne grosze, opróżnionymi w pośpiechu piersiówkami czy pudełkami po papierosach, machniętymi pod ogrodzenie sąsiada. Wdycham balsamiczne powietrze osiedla i serce mi się kraje, kiedy widzę usychające sosny.

I choć moi synowie tęsknią czasem za osiedlem, na którym się wychowali, ja takiej myśli nie miałam nigdy. Jestem szczęśliwa tu, w Aninie, i mam nadzieję, że wychowam tu kiedyś moje wnuki.

Bardzo szybko przekonałam się, że o wyjątkowości Anina nie świadczy cena, jaką trzeba zapłacić, by stać się jego mieszkańcem. Że Anin to miejsce przyjazne. Dla kogoś, kto próbuje dopiero uwić tu gniazdo najważniejsi są bowiem ludzie, a ludzi znalazłam tu wspaniałych.

Anin jest silny zwłaszcza swoimi kobietami. To aninianki są solą tej piaszczystej ziemi, one tworzą jej historię, piszą o tym, co wielkie i małe, kultywują tradycję, sąsiedzką przyjaźń, pielęgnują kulturę słowa.

Chcę Wam, aninianki, podziękować za ciepłe przyjęcie i za mój Anin, bo to Wyście go stworzyły. Cieszmy się, że jest nam dane mieszkać w niezwykłym miejscu, które – być może – dzięki swej urodzie czyni nas lepszymi? 


Anin, ulica Michała Kajki. Widok na sklep Borowik, w głębi po prawej aniński basen.

mga

czwartek, 20 marca 2014

Telewizja, jaka jest - spotkanie z Maciejem Strzemboszem

Jeśli myślisz, że wiesz coś o telewizji, robiąc codzienny użytek z pilota, to się mylisz! Dziś mogliśmy się o tym przekonać, słuchając Macieja Strzembosza, producenta telewizyjnego i działacza społecznego.
Zebranych powitała i naszego gościa przedstawiła dyrektor biblioteki, Barbara Karniewska.



Od lewej stoją: Barbara Karniewska, Maciej Strzembosz, Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Zaczęło się niewinnie, od ploteczek o serialu "Ranczo", w którego jednym z odcinków zagrały członkinie Oddziału Anin TPW, a który będzie emitowany w najbliższą niedzielę. Mieliśmy okazję dowiedzieć się, jak ewoluowała formuła serialu, jakim aktorom zaproponowano główne role i jak to się stało, że Cezary Żak zagrał wójta i księdza.   



fot. Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Maciej Strzembosz opowiadał ze swadą, okraszając swoje wystąpienie ciekawymi anegdotkami, a także pokusił się o próbę zdefiniowania sukcesu "Rancza", które określił, jako kronikę społeczną minionego dziesięciolecia.



fot. Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Od szczegółu przeszliśmy do ogółu, czyli rozważań o polskich telewizjach, publicznej i prywatnych, uwarunkowaniach ich działalności i czynnikach, które tworzą to, z czym na co dzień mamy do czynienia. I znów usłyszeliśmy wiele ciekawych spostrzeżeń, informacji (również statystycznych) na temat telewizji od kogoś, kto zna kulisy i umie o nich opowiadać w sposób, który wiele wyjaśnia. Spotkanie uzupełnił drobny poczęstunek.

Maciejowi Strzemboszowi serdecznie dziękujemy za poświęcony nam czas! Bibliotece Publicznej w dzielnicy Wawer, która jest zawsze otwarta na wszystkie nasze pomysły kłaniamy się, dziękując za życzliwość i miejsce na spotkania!




Nasz gość - Maciej Strzembosz i prowadząca spotkanie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk obdarzeni pięknymi bukietami, fot. Jadwiga Ślawska-Szalewicz  

Uczestnikom spotkania i dyskutantom gratulujemy dobrego pomysłu na spędzenie tych dwóch godzin, które były niczym wykład uniwersytecki, tym cenniejszy, że nie nudny!

Oddział Anin TPW pochlebia sobie, że stworzył w Aninie przyczółek wymiany myśli z gośćmi z pierwszych stron gazet, którzy uczą nas nowego spojrzenia na to, co jest dookoła. 
Chciałoby się jeszcze tylko, aby z tych spotkań korzystało więcej aninian!

mga